Po horyzont rozciąga się pejzaż garbatej ziemi, niczym morze pełne zastygłych w bezruchu fal. Przed oczyma piętrzą się zewsząd ciemnozielone wzgórza, jakby chcące jak najdłużej skryć swoje tajemnice, nieśmiałe jak wodne rusałki nakryte podczas porannej kąpieli. Powoli jednak poddają się i pochylają głowy przed zwycięskim brzaskiem. Słońce otula je jak własne dzieci, przyjmując w szeregi swoich poddanych. Wzgórza zmieniają odcień na jaśniejszy i spokojniejszy. Z walecznych i nieokiełznanych stworzeń przekształcają się w łagodne baranki. Pomiędzy nimi powoli unosi się mgła - to ziemia wydała niesłyszalne westchnienie zachwytu, które w chłodzie poranka zmienia się w obłok pary. Heroldowie Ziemi roznoszą nowinę o jej pobudce: ptaki szczebioczą radośnie, sowa pohukuje gdzieś w oddali, ogłaszając swoje zejście z nocnej służby, w dole szumi strumyk, do którego schodzą się spragnione zwierzęta. Na horyzoncie niebo zaczyna płonąć, rozciąga się szeroko pomarańczowa łuna pożaru. Wśród piętrzących się chmur uderza błyskawica, wyraźnie zaznaczając swój udział w tym widowisku. Zrywa się lekki wiatr, miło chłodzi po wędrówce i jest na tyle ciepły, by przy nim nie zmarznąć. W nozdrzach czyste powietrze, niepowtarzalne i charakterystyczne dla Bieszczad. Sowa zahukała ostatnie trzy razy i zapadła w sen. Kładę się na ziemi, by poczuć jej bijące serce. Zapach powietrza miesza się z zapachem suchej trawy. Poranek ma smak krwi na wargach. Obok mnie budzi się owad i bzyczy nad uchem. Czuję ten mozolny ruch ziemi pode mną.
Czuję jakąś samotność, wszechogarniającą pustkę, całkowite osamotnienie wobec ogromu tej przestrzeni. A przecież Ziemia nie jest taka duża. Jednak mam przed sobą również cały ogrom wszechświata, teraz już przykrytego błękitną zasłoną niebios. I nie mogę w żaden sposób zagłuszyć tej samotności, która wybija z najgłębszych zakamarków duszy. Widać kawałek słońca. Czerwona kula wynurza się zza chmur. Patrzę prosto w nią i rozpiera mnie chęć zniknięcia. Majestat tej olbrzymiej gwiazdy aż przytłacza. Pojawiła się nagle, aż niespodziewanie. Jeszcze chwilę temu kryła się za chmurami, teraz wzniosła się ponad nie, agresywnie atakując i boleśnie raniąc oczy. Nade mną już dzień, jednak daleko na horyzoncie widać jeszcze resztki nocy. Wygląda to jakby przerażające oko Saurona wznosiło się ponad mroki Mordoru. Bije we mnie niesamowita czerwień, tak głęboka i wyraźna, że można by w niej zatonąć. Pokaz wciąż trwa, kolaż przybiera nowe barwy, zmienia odcienie i bawi się kolorami. Aż serce się wyrywa, pęka z tęsknoty. Tylko za czym? Za czymś nieuchwytnym, za nie dającym się wyrazić słowami pragnieniem. Być tam ponad, być w tej przestrzeni, być tą przestrzenią. Jak Roland ogarnięty przemożną potrzebą dotarcia do Mrocznej Wieży, tak ja teraz ogarnięty potrzebą życia przygodą, tam daleko, poza horyzontem.
Jeśli wpatrzysz się w słońce wystarczająco dokładnie i długo, dostrzeżesz zawiłe konstrukcje domów, harmonijne i precyzyjnie zaplanowane miasta słonecznych ludzi. I zobaczysz, że tak jak Ty obserwujesz ich, oni wciąż patrzą na Ciebie. I czasami można usłyszeć ledwo słyszalne wołanie "dołącz do nas", wtedy okazuje się, że jesteś tym wybrańcem, który osiągnął poziom odpowiadający słonecznym ludziom i możesz do nich dołączyć. Przyjmą Cię tam z otwartymi ramionami i od tego momentu będziesz jednym z nich. Będziesz słonecznym człowiekiem, stojącym ponad ziemianami. Bardzo łatwo poddać się tej myśli, lecz jest to myśl zgubna. Do słonecznych ludzi nie można tak po prostu dołączyć, słonecznym człowiekiem trzeba się urodzić. Droga do słonecznych miast jest długa i bez końca, a prowadzi do szaleństwa. Dlatego nie można się poddać zahipnotyzowaniu słonecznemu i należy zostawić słonecznych ludzi w spokoju. Niech żyją swoim życiem, nie kolidującym z naszym, ziemskim.
Widowisko się kończy.
A słońce ma tego dnia smak krwi z pękniętych warg.
lekcja 2: Piękno jest w oczach patrzącego.
maj 2012 roku,
połonina Caryńska
w Bieszczadach
"Piękno jest w oczach patrzącego"? Dobrze, gdy tak jest. Bo piękno na to jest, by... Ale w nas jest jeszcze więcej. Czy nie wiecie, że jesteście świątynią! Świątynią Boga samego! Kontemplować to ją odkrywać i Jego i współbyć...
OdpowiedzUsuńGdzie następny odcinek?
OdpowiedzUsuń