poniedziałek, 19 listopada 2012

W Gorcach

We mgle
Jedziemy busem do Szczawy. Mgła jest niesamowicie gęsta, nie widać nic na odległość kilku metrów. Uwielbiam mgłę, bo we mgle jest wszystko, co tylko sobie wyobrażę. Jest w niej duża tajemnica, coś niespodziewanego. Krasnale, nimfy, elfy, ghule, wampiry, wilkołaki, bazyliszki, ciutludzie i wszystkie inne niezwykłe stworzenia żyją własnie we mgle. Spodziewałem się jej w Gorcach i miałem na nią nadzieję, jednak stało się inaczej. Tuż po opuszczeniu Krakowa, gdzieś pomiędzy Mszaną i Lubomierzem, nieznane ustępuje drogi przejrzystemu powietrzu. Wychodzimy z busa za przełęczą Przysłop, a Gorce witają nas prze-pięknym niebem. Wyglądało to jakby w niebiańskiej podłodze ktoś wybił miliony małych dziurek. Przy takim niebie aż chce się maszerować, nogi same idą przed siebie, wyżej i dalej, byle bliżej nieboskłonu. Rozpoczynamy naszą podróż.

W lesie
Zatrzymujemy się na polanie. Dwie osoby szukają miejsca na nocleg (polana nie była dobrym miejscem, chcieliśmy być niewidoczni, schowani gdzieś pomiędzy drzewami), podczas gdy reszta dywaguje który z białych punkcików na niebie jest Jowiszem, która z konstelacji to Wielki Wóz i co parę minut wydaje pomruk zachwytu nad spadającą gwiazdą. Chwilę później rozstawiamy namioty, zjadamy kanapki, wypijamy herbatę. I nagle okazuje się, że jest trzecia w nocy, więc czas się położyć spać. Szelest liści tuli nas do snu.

Na trasie
Patrzę na mapę. Patrzę na kompas. Sprawdzam godzinę. Znów kompas, znów spojrzenie na mapę. Czy to już tu? Nie, przecież nie ten kierunek. Znów zegarek. W czterdzieści minut byśmy nie doszli. Mapa. Rozglądam się po okolicy, patrzę na nachylenie z mojej lewej i prawej strony, porównuję. Z lewej większa stromizna. Znów mapa. To chyba tu. To tu? Jędrek mówi, że tu. A więc wszystko dobrze, idziemy dalej. Tak wygląda każdy postój. Z mapą i kompasem nie rozstaję się na dłużej niż na minutę, bo inaczej nie mam pojęcia gdzie jestem. Z każdym poprawnie pokazanym miejscem i nazwaniem góry lub pasma, które widać na horyzoncie, rosną morale i pewność siebie. Co pewien czas zmieniamy lidera, ja dosyć często idę jako "zamek" - zamykający grupę przyjaciel każdego przewodnika, który informuje o liczbie ludzi na stanie.

W przeszłości/teraźniejszości
Godzina 18:02. Rozpoczynamy przygotowywanie obiadu. Wysyłamy ekipę po wodę, zrzucamy na jedno miejsce produkty żywnościowe, rozpalamy ognisko. Długo czekamy na chłopaków, którzy poszli po wodę -okazuje się, że zabłądzili. Czekamy i martwimy się, ale niewiele jesteśmy w stanie zrobić. W końcu chłopaki wracają, możemy zabrać się do jedzenia. W trakcie posiłku rozpoczynam swoją gawędę przewodnicką - każdy miał do przygotowania i przedstawienia jeden z zadanych tematów. Mówię o pułkowniku Józefie Kurasiu "Ogniu". Drewno trzaska, ogień tańczy. I tak opowiadając historię partyzanta myślę sobie, że jestem w miejscu, w którym być powinienem. Jakbym cały ten czas na uczelni, w domu, w pociągu, w Warszawie, w Legionowie, czy gdziekolwiek indziej, gdzie spędzam czas w tygodniu, dążył do tego jednego momentu w górach. Toczy się historia wojaka, gwiazdy migoczą, ogień oświetla twarze słuchających. Jestem prawdziwie szczęśliwy.

W ciemnościach
Idziemy dalej, oświetlając drogę czołówkami. Wciąż z czujnością patrzymy na mapę i kompas. Trzeba być skupionym, inaczej łatwo zgubić drogę. Widoki są oszołamiające. Niebo zapiera dech w piersiach, a widoczne w dole miejscowości tworzą morze świecidełek. Za nami las, przed nami szczyt, w uszach cichy szum wiatru. Niesamowity spokój i harmonia. W ustach smak zjedzonego ciasteczka i zimnej wody ze strumienia.
Słyszysz ten gwizd w ciemnościach? Niepokojący dźwięk intryguje. Podchodzimy do jego źródła: ni to studnia, ni to jakiś szyb, a gwiżdże. Przechodzimy obok. To pewnie ciutludzie żyjący pod ziemią gotowali herbatę. Albo robili coś innego, czego i tak byśmy nie zrozumieli.
Dochodzimy na szczyt Gorca. Ciepła herbata rozchodzi się w organizmie. Nie może być lepiej.

Na biwaku
Rozbijamy namioty, szukamy wody, rozpalamy ognisko. Wszystko się powtarza, jednak jest to miła rutyna. Okazuje się, że znalezienie wody w nocy nie jest możliwe, odpuszczamy więc kolację, dzielimy się na dwie grupy: śpiącą i czuwającą przy ogniu. Czuwam. Towarzyszy nam dużo śmiechu. W końcu możemy się położyć, jest trzecia trzydzieści.

W drodze powrotnej
Niedziela wita nas ciepłym słońcem. W dali widać dumne szczyty Tatr. Skracamy trochę trasę, bo znów był problem z wodą. Spokojne podejścia, strome zejścia, gęste krzaki. I wciąż mapa i kompas w rekach. Schodzimy do Kamienicy, skąd pks zabiera nas do Krakowa. A stamtąd już prosta droga do Warszawy. W pociągu ostatnie referaty i podsumowująca pogadanka Jędrka. Rozstajemy się na peronie. Ja myślami jestem już na kolejnej kursówce. Dojeżdżam do domu i padam na materac. Ciało jest obecne, duch wolny się wyrywa i hula razem z wiatrem.

Nie da się opisać tego wyjazdu tak, jakbym chciał. Trzeba by go przeżyć. Ja zostawiam was z tym mocno okrojonym opisem. A jest to początek mojej przygody z kursem na przewodnika górskiego.

Lekcja nr. 1: Trzymaj się grzbietu i nie myśl, że jak będziesz szedł tuż pod nim to i tak będzie dobrze! 



2 komentarze:

  1. "Niedaleko pada jabłko od jabłoni". Kiedyś też tak siedziałam przy ognisku snując marzenia.
    To co napisałeś jest piękne.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieję, że pozdrowiłeś Lubomierz, w którym spędziłem 2-tygodnie w 1978/9(?) na kursie narciarskim z AKN. Już wtedy były Gorce, zima, śnieg, studenci i marzenia. Jednego górala wyciągnąłem spod śniegu, wracając z wieczornej sylwestrowej mszy, upił był się całkowicie i pewnie by zamarzł. Niebezpieczeństwa też były. Czyhają na człowieka całe życie, nawet w komputerze i przyjaznej skądinąd mgle ;)

    OdpowiedzUsuń